Życie w hańbie
„Hańba” to jeden z tych filmów, które nie robią bardzo silnego wrażenia w momencie samego oglądania. Jest chłodny i ascetyczny jak proza Coetzee (film jest bardzo wierną adaptacją książki Coetzee pod tym samym tytułem). Doceniamy historię, ale nie potrafimy zaangażować się emocjonalnie w los bohaterów. Jednak po seansie długo nie mogłem o filmie zapomnieć. Bo to wielopłaszczyznowa historia. Na pierwszym planie opowieść o pewnym profesorze i jego córce, ale w głębszym sensie o stosunkach między białymi i czarnymi mieszkańcami RPA. A jeszcze głębiej o życiu w hańbie i jej konsekwencjach. Precyzja tej opowieści, to w jaki sposób udało się w „zwykłej” historii przemycić tyle znaczeń, budzić musi podziw. To oczywiście w głównej mierze zasługa książki Coetzee, ale przecież nie z każdej wybitnej książki powstaje świetny film. Być może reżyserowi i scenarzystce udało się po prostu nic nie zepsuć, ale to i tak przecież nie tak mało.
„Hańba” jest na pierwszym planie opowieścią o profesorze literatury Davidzie Lurie, który po skandalicznym romansie ze studentką zmuszony jest w hańbie opuścić uniwersytet (swoją drogą zabawne, że w kolejnym po „Elegii” filmie profesor literatury okazuje się uwodzicielem studentek, czyżby inni profesorowie nie mieli takich zainteresowań?). Wyjeżdża na farmę do córki (Lucy), gdzie wkrótce wraz z nią stawić będzie musiał czoła hańbie jeszcze większej. Czy będzie potrafił z nią żyć? Czy ten dumny, cytujący Byrona humanista będzie potrafił się zmienić? W postać tę wcielił się John Malkovich i wydaje się świetny do tej roli. Obserwując zmiany w jego zachowaniu, widzimy, w jak znacznym stopniu są tylko pustymi gestami. Profesor Lurie robi to, czego się od niego oczekuje, ale czy naprawdę się zmienił? A czy tak ukształtowany człowiek może się zmienić? Jeszcze ciekawsza jest reakcja na „hańbę” ze strony jego córki (też świetna Jessica Haines), której zachowanie jest nam chyba dużo trudniej zrozumieć. Z drugiej jednak strony na cały ten wątek patrzyć trzeba szerzej, przez pryzmat relacji między białym a czarnym człowiekiem.
Tytułowa „hańba” jest bowiem przede wszystkim filmem o konsekwencjach apartheidu, czy szerzej o upokorzeniu ludzi o czarnej skórze przez ludzi o białej skórze. Przez setki lat biały człowiek wmawiał czarnemu, że jest on gorszy, że nie jest właściwie człowiekiem, traktował go jak psa (nieprzypadkowy wątek w filmie). Te czasy mamy za sobą (choć czy do końca, to można by się spierać), ale co dalej? Czy można ot tak zapomnieć o tych czasach pohańbienia i zacząć żyć, jakby nic się nie wydarzyło? Czy my biali potrafimy w ogóle zrozumieć, co czuje czarny człowiek? Myślę, że nic nie może być bardziej denerwujące dla czarnych ludzi, jak pouczanie przez białych, jak powinni się teraz czuć. Czy przypadkiem nie jest tak, że największa mądrość, na jaką nas stać, będąca przynajmniej jakimś przejawem pokory, to przyznanie, że po prostu nie możemy mieć o tym zielonego pojęcia? Jak Stan, bohater South Parku, który po długiej dyskusji z czarnoskórym kolegą Tokenem w końcu zrozumiał: „I get it now! I totally don’t get it!”.
W przeciwieństwie do twórców South Parku Coetzee żył jednak w RPA i dzięki temu rozumie problem znacznie głębiej. Za pomocą opowieści o profesorze i jego córce pokazuje nam, co znaczy życie w hańbie. Coetzee wie, co czują czarni, którzy przez tyle wieków byli upokarzani i wie jak w tej sytuacji powinniśmy zachować się my, winni tej hańby, biali. Czarni mieszkańcy Afryki nigdy nie zapomną o swoim upokorzeniu, jeśli wciąż będziemy trzymać głowę wysoko. Czas więc paść na kolana, pochylić głowę, dać się poniżyć…
"Hańba" to świetny film, ale jednak nie wybitny. Czegoś mu brakuje. Trafia do rozumu, ale nie do serca. Słyszałem opinie, że tak wierne trzymanie się książki było błędem, że w filmie używa się jednak nieco innego języka, by dotrzeć do emocji widzów. Być może tak, i być może rzeczywiście lepiej przeczytać książkę. Jednak film jest na pewno godny polecenia – jeśli tylko będzie nam się chciało po projekcji poświęcić trochę czasu na refleksję.
czara
Dobrze ujęte, nie sposób się nie zgodzić. Film jest dobrą ilustracją książki, ale rzeczywiście niczym więcej. Ogląda się go jednak dobrzem, Malkovich i aktorka grająca jego córkę są świetni, a piękno afrykańskiego obrazu zapada w pamięć. Może naprawdę trudno chcieć czegoś więcej?
Oferma
"Może naprawdę trudno chcieć czegoś więcej?" - właśnie, pełna zgoda.
Czym miałby ten film być więcej?
Czym ponad to co widzimy na ekranie?
Wspominasz @doktorze o zarzutach jakoby twórcy filmu winni byli "zagrać" na emocjach widza. Chętnie dowiedziałbym się od krytyków w którym miejscu scenarzystka z reżyserem mogli zawrzeć elementy te emocje wywołujące. Ja podczas seansu nie miałem wątpliwości, że tej wielopłaszczyznowej, bardzo "zaangażowanej" historii nie można byłoby opowiedzieć lepiej. Wszelkie chwyty "grania" na emocjach musiałyby wypaczyć jej szkielet.
doktor_pueblo
Jak zauważyłeś, ja ten film zasadniczo bardzo chwalę (i oceniłem dokładnie tak jak Ty). Natomiast czegoś mu brakuje, żeby stał się arcydziełem (a nie "tylko" bardzo dobrym filmem). Czego? "Tego czegoś" Niestety nie wiem co to jest :)
Oferma
a, no tak. Wiele filmów ma taki minus, że są "tylko" bardzo dobre ;) Wiele filmów ma też tą wadę że próbują "robić" za arcydzieła, a nimi nie są. Hańba to film na swój sposób skromny. Mi osobiście to odpowiada, bo odczułem tu wyraźny, ożywczy kontrast pomiędzy tym skromnym, ale bardzo wyrazistym i konsekwentnym stylem, a sporym ciężarem gatunkowym tej historii. Twórcy nie epatując elementami katalizującymi emocje widza stworzyli równocześnie, a może dzięki temu widowisko które emanuje napięciem "podskórnym". To napięcie, głębiej ukryte być może jest wspólne z tym które charakteryzuje aktualne relacje między czarnymi i białymi w RPA.
Z drugiej strony, w pełni się z Tobą zgadzam co do tego że filmowi brakuje tego czegoś, by uchodzić za film wybitny.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook